stat4u

Matka - córka. Jedyna taka relacja

2014-05-24 13:17:48

Wskazanie winnego wcale nie przynosi ulgi. Przynosi ją za to wybaczenie

Wymagająca, krytyczna, oschła. Stosowała psychiczny terror, kontrolowała na każdym kroku, stawiała nierealistyczne wymagania. Albo: nie stawiała żadnych granic, nie miała własnego zdania, rozlazła, nijaka, poświęcająca się do bólu.

Lista matczynych przewin jest długa. Wystarczy poczytać fora internetowe na ten temat, posłuchać koleżanek, a czasem posłuchać też siebie: "Nigdy mi nie dała ", "Nigdy nie usłyszałam ", "Nie akceptowała ", "Całe życie czekałam ", "To przez nią nie wierzę w siebie", "Nie układa mi się z mężczyznami", "Nie umiem zbudować sensownej relacji z ludźmi, z własnymi dziećmi".

Jest sprawca, jest ofiara, odbywa się sąd. Tylko co dalej? Dokąd to prowadzi?

Psychoterapeutka Olga Kersten-Matwin mówi w rozmowie pt. "Uwolnić matkę", że ma dość "słuchania o toksycznych rodzicach i o tym, co zrobić, żeby się z tych toksycznych kontaktów uwolnić". "Ludzie szukają winnych swoich porażek, niepowodzeń, zachowań, a nawet kompleksów na zewnątrz - mówi Kersten-Matwin. - I w ten sposób zwalniają się z obowiązku zajęcia się sobą i własnym życiem".

I stają w miejscu. Bo okazuje się, że wskazanie winnego wcale nie przynosi ulgi. Przynosi ją za to wybaczenie, dostrzeżenie w tym "winnym" człowieka, który także często nie dostał, nie miał, sam był ofiarą. Przede wszystkim jednak wolność daje zajęcie się sobą, wzięcie odpowiedzialności za swoje uczucia i zachowania. Pomaga też pogodzenie się z myślą, że tego, czego nie dostałyśmy od matki w dzieciństwie, już nigdy nie dostaniemy, a liczenie na to, że to może się jeszcze wydarzyć, tylko nas osłabia, zamiast wzmocnić.

Wszystko to brzmi pięknie i prosto, tylko jak to zrobić, kiedy relacja z matką jest gęsta od wzajemnych pretensji i oczekiwań, kiedy matka w proces uzdrawiania nie chce się włączyć albo nie ma jej już fizycznie, ale jej głos wciąż w nas pobrzmiewa i wciąż nas to boli?

Gdy boli bardzo, psychoterapeuci zalecają terapię, ale nie każdy chce się na nią wybrać. Nie każdy może.

Życie za to często pokazuje, że ten proces leczenia czasem dzieje się jakby samoistnie, oczywiście przy odrobinie dobrej woli, chociaż to proces rozpisany na lata, bo przecież relacje, zwłaszcza tak ważne jak ta, nie zmieniają się z dnia na dzień. Ale zmienić się mogą. I nawet gdyby to była tylko chwila, warto jej doświadczyć.

Jedna z koleżanek mówi, że takimi momentem przełomowym stała się choroba jej mamy. W trakcie tej choroby z bardzo silnej, dominującej i krytycznej kobiety matka zaczęła zmieniać się w kruchą, zależną i zagubioną staruszkę. Moja koleżanka z kolei z wiecznie struchlałej, niepewnej siebie dziewczynki zaczęła w wieku 40 lat przeobrażać się w stanowczą, pewną siebie dorosłą kobietę. Spotkały się gdzieś w pół drogi. Odnalazły. I dzięki temu matka odchodziła ze spokojem, a córka poczuła, że chowa najbliższego człowieka na świecie, a nie swojego największego wroga. I to zamknięcie pozwoliło jej później rozwinąć skrzydła.

Inna znajoma odkryła po urodzeniu dzieci, jak wiele ją łączy z matką, którą odrzucała. Wcześniej zarzekała się: "Będę zupełnie inna niż ona!". I rzeczywiście w wielu dziedzinach taka była - wkładając w to dużo wysiłku. Ale kiedy sama została matką, przeraziło ją, jak bardzo własną mamę przypomina - jej sposób krytykowania, wyrażania złości, jej lęki. To odkrycie, chociaż bolesne, paradoksalnie, bardzo ją do matki zbliżyło i rozpoczęło proces uzdrawiania ich relacji. Bo zrozumiała, że wybaczając matce, wybacza również sobie.

Jeszcze inna koleżanka opowiedziała mi, że pewnej bezsennej nocy, jednej z wielu spędzonych przy kierowniczym biurku w firmie, zadała sobie pytanie: dla kogo ja to właściwie robię? I z przykrością odkryła, że wszystkie sukcesy, które odniosła, a odniosła ich bardzo wiele, służą temu, by jej matka wreszcie powiedziała, że jest z niej dumna. „Kiedy tej nocy odkryłam, że to absolutny bezsens, że nie mam na co liczyć, bo to się nigdy nie wydarzyło, więc dlaczego ma się niby wydarzyć teraz, to nagle poczułam się wolna. Zaczęłam częściej zadawać sobie pytania: czy mnie się to podoba, czy robię to po to, żeby moja mama mnie pochwaliła? Czy chcę wziąć na siebie to trudne zadanie, bo jestem ambitna, czy dlatego, żeby mama mnie pogłaskała po głowie? To nie działo się tak od razu, ale ćwiczyłam z uporem maniaka. Zaczęłam wybierać to, co jest dobre dla mnie, a nie to, co wydawało mi się, że zachwyci moją mamę. I przestałam tak na niej wisieć: » doceń, doceń mnie wreszcie «. Odnalazłam taką akceptującą mamę w sobie”.


26 maja Dzień Matki. Różnie się go obchodzi, czasem wcale. Chciałabym wszystkim dorosłym córkom życzyć, żeby to był taki dzień, w którym pomyślimy, za co jesteśmy wdzięczne swoim matkom, nawet jeśli to bardzo trudne, nawet jeśli wydaje nam się na pierwszy rzut oka, że nic takiego nie ma. Myślę, że znajdzie się choć jedna taka rzecz. A jedna rzecz - to już bardzo dużo.

źródło: Wysokie Obcasy




Powrót do aktualności

 
facebook
Sylwia Michalczewska - ZnanyLekarz.pl Agnieszka Cichorska - ZnanyLekarz.pl